JB: ministrowie spraw zagranicznych UE będą dyskutować o sytuacji na Białorusi. Represje wobec Polaków to przejściowy kryzys czy koniec trwających od dwóch lat prób zbliżenia między Brukselą a Mińskiem?
JP: Unijna polityka odwilży nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Represje wobec Polaków to nie pierwszy sygnał, że Łukaszenka umacnia swoje rządy. Trudno wytłumaczyć je inaczej niż zmianą kursu Mińska, bo po pięciu latach pojawiła się szansa na kompromis wokół Związku Polaków na Białorusi (ZPB). W 2005 r. władze nie uznały wyboru Borys na przewodniczącą ZPB i narzuciły rządy Józefa Łucznika. Polski rząd nie zaakceptował tej ingerencji, ale później – w ramach polityki otwierania się UE na Białoruś – powstała przestrzeń do negocjacji, które podjęło MSZ. Władze w Mińsku zaprzestały szykan wobec Borys i jej zwolenników, a demokratyczne władze ZPB byłyby zapewne skłonne zacząć działalność w ramach nowej organizacji. Nie byłoby to łatwe: oddać majątek, dorobek i szyld ZPB ludziom reżimu, ale w zamian za prawo do legalnej działalności byliby oni skłonni zaakceptować kompromis, czemu dali wyraz, wysyłając kilka tygodni temu list do Łukaszenki z ofertą współpracy. A odpowiedzią była fala represji i przejęcie Domu Polskiego w Iwieńcu!
Czyżby Rosja zbyt zaniepokoiła się zbliżeniem między Unią a Białorusią i nakazała Łukaszence zmianę polityki?
Nie wierzę w to. Osobiste animozje między nim a Putinem są zbyt duże, aby chciał słuchać poleceń Kremla. A Moskwa ma ograniczone możliwości przeprowadzenia na Białorusi prowokacji na taką skalę. W ostatnim czasie Łukaszenka przeprowadził czystki w KGB, milicji, służbach siłowych. W pełni kontroluje sytuację.
Ma świadomość topniejącego poparcia społecznego. A najpóźniej za rok czekają go wybory prezydenckie. Po 16 latach coraz więcej Białorusinów ma dosyć jego rządów, bo ich warunki życia w ostatnich dwóch latach bardzo się pogorszyły. Białoruski rubel został w zeszłym roku mocno zdewaluowany, a tam wszystko przelicza się na dolary.
Tak. Tym bardziej że dialog z Unią wymusił zmiany w ordynacji. Łukaszenka obawia się, że dobrze zorganizowana grupa kilkuset tysięcy Polaków może zaważyć na ich wyniku. Szczególnie jeśli jego kontrkandydatem znów byłby Aleksander Milinkiewicz, który jest honorowym członkiem ZPB.
Ależ Łukaszenka od początku wiedział, że Unia będzie domagała się liberalizacji. Dlaczego więc podjął bliższą współpracę z Brukselą?
Liczył na dużą pomoc finansową, która pozwoliłaby mu przetrwać kryzys i utrzymać poparcie społeczne. Chciał miliardów euro, które zasilą budżet, i pieniędzy na wielkie projekty infrastrukturalne. A otrzymał niewielkie kwoty na szkolenie straży granicznej czy rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Z jego punktu widzenia to nie jest opłacalny układ.
Unia przegapiła szansę na otwarcie białoruskiego reżimu, bo była zbyt skąpa?
Unijne procedury decyzyjne są długotrwałe. Dzięki poparciu UE Łukaszenka otrzymał od MFW 2,5 mld dol. funduszu stabilizacyjnego, ale co do pozostałych funduszy, to od razu było wiadomo, że nie przyniosą one efektów przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi. Z drugiej strony wielu polityków w UE liczyło na większe otwarcie ze strony Mińska. Szokiem były dla nas wybory parlamentarne w 2008 r., kiedy mandatu nie uzyskał ani jeden opozycyjny deputowany. To powstrzymało Brukselę przed hojnymi gestami.
Dlaczego Łukaszenka obawia się, że ZPB Borys może okazać się siłą polityczną, która będzie miała wpływ na wyniki wyborów? Przecież bardzo niewielu Polaków aktywnie działa w tym związku.
Rzeczywiście, sądzę, że blisko 500 osób jawnie angażuje się w prace niezależnego Związku Polaków. Inni obawiają się represji: utraty pracy, szykan. Aktywni są tylko ci najbardziej zdeterminowani. Albo emerytki, jak w Iwieńcu, które nie mają za dużo do stracenia.
To znaczy, że polsko-białoruskie stosunki stały się zakładnikiem grupki osób, bo dla 99 proc. naszych rodaków zza Bugu jest obojętne, kto rządzi w Mińsku?
Absolutnie nie. Polacy są nie tylko zdecydowanie bardziej świadomi swoich korzeni narodowych, ale też o wiele bardziej niż przeciętnemu Białorusinowi zależy im na przestrzeganiu praw obywatelskich. Przeprowadzone niedawno badania pokazały, że większość Białorusinów nigdy nie była na Zachodzie, a połowa nawet nie miała kontaktu z kimś z wolnego świata. Białoruscy Polacy zaś często przyjeżdżają do naszego kraju, mają tu swoje rodziny, oglądają polską telewizję, bo zwykle dobrze mówią po polsku.
To zależy. Ci, którzy mieszkają w Grodnie i innych miastach blisko Polski, z pewnością tak. Wielu dorabia dzięki handlowi granicznemu. Często są to drobni przedsiębiorcy, którzy mają swoje stragany, czasem sklepy. Nie są więc tak zależni od państwa jak większość Białorusinów. Ale Polacy, którzy mieszkają w głębi Białorusi, blisko dawnej wschodniej granicy Drugiej Rzeczypospolitej, nie mają już takiego atutu. Zwykle pracują na państwowych posadach, ich życie niewiele się różni od życia Białorusinów.
Polacy nie chcą emigrować z Białorusi? To być może rozwiałoby obawy Łukaszenki.
To zastanawiające, ale nie chcą. Setki tysięcy osób wyjechało przecież z naszego kraju do Wielkiej Brytanii czy Irlandii w poszukiwaniu lepszego życia. Ale Polacy z Białorusi żyją na tamtych terenach od setek lat i czują się z nimi bardzo związani. Sama Andżelika Borys miała możliwość osiedlenia się w Polsce z prawem do kontynuowania działalności polonijnej, ale zawsze twardo odmawiała, twierdząc, że musi pozostać wierna tym, którzy jej zaufali.
Jak przeciętni Białorusini odnoszą się do polskiej mniejszości?
Oficjalna propaganda od lat próbuje ich skonfliktować. Kreśli obraz Polaków wichrzycieli, którzy łamią porządek prawny. Ale mimo to nigdy nie dostrzegłem u zwykłych Białorusinów wrogości do Polaków. A białoruskie organizacje opozycyjne widzą w nich sojuszników. Wiedzą, że nasi rodacy tak jak oni walczą przede wszystkim o wolności obywatelskie, a nie o partykularne prawa narodowe.
Czy za rok, po wyborach prezydenckich, Łukaszenka wróci do polityki współpracy z Unią? Czy może nie ma już szans na odwilż?
Odpowiem przez analogię. Śledziłem białorusko-rosyjskie negocjacje w sprawie ceny ropy i gazu. Białorusini kilkakrotnie zrywali rozmowy. Ale Rosjanie nie ustępowali. I na koniec Łukaszenka zaakceptował wyjściowe postulaty Rosjan. Tak samo będzie z Unią Europejską, o ile Bruksela okaże się twarda w swoim stanowisku. Łukaszenka nie chce sprowadzić Białorusi do roli rosyjskiej guberni, bo sam na tym wiele by stracił. Wróci więc do współpracy z Unią. Teraz ją testuje. Chce zapłacić jak najniższą cenę za pomoc Brukseli. Nie wolno mu ustępować!