Rozwowa Gazety Wyborczej z Jackiem Protasiewiczem
Wojciech Szymański: - W ubiegłym tygodniu szefowie dyplomacji Polski i Białorusi rozmawiali w Warszawie o zaprzestaniu represji, które reżim Aleksandra Łukaszenki stosuje wobec Polaków na Białorusi. Okazało się jednak, że kilka dni później szykany ze strony białoruskich władz nasiliły się. Jak Pan interpretuje to zachowanie?
Jacek Protasiewicz: - Sądzę, że Łukaszenka testuje Unię Europejską. Białoruś, podobnie jak pięć innych postradzieckich krajów, została wciągnięta do projektu tzw. Partnerstwa Wschodniego. To inicjatywa, dzięki której ma nastąpić zbliżenie m.in. właśnie Białorusi z Europą. Jednym z warunków pomocy, której instytucje unijne są gotowe udzielić Białorusi, jest jej demokratyzacja. W tym niezwykle istotne jest uznanie opozycji, a także działalności Związku Polaków na Białorusi.
Tego białoruski reżim wyraźnie nie zamierza zrobić.
- Obecne represje to próba sprawdzenia, jaka postawa w Unii Europejskiej przeważy. Inaczej mówiąc, czy UE jest gotowa odpuścić Białorusi sprawę wolności obywatelskich, a jednocześnie podjąć z nią współpracę ekonomiczną. To jest pytanie, czy górę weźmie postawa, nazwijmy ją "romantyczna", czy też tzw. "realpolitik" polegający na chłodnej kalkulacji zysków bez oglądania się na aspekty moralne.
Jak według Pana będzie reakcja unijnych instytucji?
- Powinna być twarda, bo w tej sprawie nie można Łukaszence ulegać. Jako szef Delegacji Białoruskiej Parlamentu Europejskiego jeździłem na Białoruś. Sytuacja tam przypomina ostatnie lata PRL. Reżim jest osłabiony ekonomicznie, spadło też poparcie społeczne dla niego. O ile jednak w Polsce pod koniec lat 80. rolę łącznika między rządem a opozycją odegrał Kościół, to na Białorusi może to zrobić tylko Unia Europejska.
Jak?
- Ważne jest mocne postawienie warunku demokratyzacji, nawet jeśli Białoruś miałaby szantażować Unię Europejską groźbą wystąpienia z Partnerstwa Wschodniego. Dla UE interesy z potencjalnie rynkiem białoruskim są oczywiście ważne, ale współpraca ekonomiczna z Europą jest dużo ważniejsza dla Białorusi. W izolacji zapaść ekonomiczna tego kraju się jeszcze pogłębi.
W Polsce pojawiły się już głosy opozycji, że nasza polityka wobec Białorusi, polegająca na próbie wciągnięcia jej do Europy, była błędna. Otwarcie na Białoruś przyniosło wzmożeniem represji wobec Polaków.
- Próbę wciągania Białorusi do współpracy z unijnymi instytucjami trzeba było podjąć. Partnerstwo Wschodnie to był krok w dobrym kierunku. Także ze względu na żyjących tam Polaków. Dla Białorusinów dużo większe znaczenie niż wielka polityka ma poprawienie jakości życia. To może stać się tylko za sprawą Unii i jej pomocy.
Za wszelką cenę?
- Oczywiście nie. Warunkiem brzegowym jest uznanie przez reżim działalności opozycji, wolności słowa, zaprzestanie represji wobec osób niewygodnych dla władzy. Pierwsza reakcja naszego rządu, polegająca na wprowadzeniu zakazu wjazdu do Polski osób zaangażowanych w rozbijanie Związku Polaków na Białorusi, była dobra. Ale jeśli nie przyniesie rezultatu, należy zastanowić się nad całkowitym zamrożeniem stosunków z Mińskiem.
Kiedy ostatnio był Pan na Białorusi?
- W miniony weekend. Byłem także w Iwieńcu, w którym miały miejsce ostatnie represje i zatrzymania działaczy Związku Polaków na Białorusi. Odwiedziłem Dom Polski. Iwieniec to niewielka miejscowość, prowincja. Władze białoruskie już od dawna próbowały rozbić lokalną strukturę związku. Chciały zmusić działaczy, aby odwrócili się od jego szefowej Andżeliki Borys. Poznałem tych ludzi, to głównie starsze panie. Emerytki, które odważnie postawiły się Łukaszence. Iwieniec pokazuje czarno na białym, jak działa autorytarny reżim. W jego naturę wpisana jest agresja wobec jakichkolwiek prób niezależności.
Co dalej?
- Kolejny raz delegacja PE jedzie na Białoruś za dwa tygodnie. Będziemy rozmawiać o uczestnictwie Białorusi w Zgromadzeniu Parlamentarnym Euronest. To struktura stworzona pod auspicjami Unii Europejskiej, która ma wzmacniać kontakty Parlamentu Europejskiego z parlamentami narodowymi państw wschodnich. Być może ostatnie represje wobec Polaków mają właśnie związek z tymi rozmowami. Polacy w PE najgłośniej domagają się, by w dziesięcioosobowej delegacji białoruskiej połowę stanowili przedstawiciele opozycji, a władze reżimu nie chcą się na to zgodzić. Być może Łukaszenka chce wiedzieć, czy jesteśmy gotowi zrezygnować z tego postulatu.